Sarna will be back…

…someday.

Dwa lata bez pisania i pewnie będzie tylko dłużej. Kiedyś może coś napisze, a jeśli tu wpadniesz póki co możesz zapoznać się ze starymi wpisami 😉

Reklamy

Za co kochamy Męskie Granie

Krótko

Dlaczego kocham Męskie Granie?

1. Świetna akcja.

tak o, po prostu. To świetna akcja. Jest muzyka, jest wiele koncertów w niskich cenach w kilku polskich miastach. No bomba. Muzyka to coś czego nie możesz dotknąć, ale ona może dotknąć Ciebie!

2. Powstają dzięki nim super rzeczy

Tak. Jest to impreza Żywca. Komercyjna marka, hajs, hajs, hajs, #dolary. Koncern piwny. Super. I co z tego? Dzięki nim dzieją się rzeczy, które nie mogłyby mieć miejsca w innym miejscu, okolicznościach i czasie!

Jakie rzeczy?

Spotkania. Kolaboracje artystów, które miałyby bardzo małe szanse na powstanie tak o. Nosowska i O.S.T.R? Podsiadło, Brodka, Organek, Smolik, Olaf… Damn, to naprawdę są rzeczy rewelacyjne! Za takimi spotkaniami idzie kop dla polskiej muzyki, głównie dzięki temu, że te osoby tworzą dalej coś swojego, coś nowego, dobrego! I nie mówcie mi, że nie ma wpływu na ich twórczość współpraca w takim gronie.

3. Nowe

Na koncertach te kolaboracje przechodzą w dzikie eksperymenty – Podsiadło z Ostrym, odkopywanie polskiej klasyki rocka, Brodka na małych instrumentach, a to tylko przykłady z zeszłego roku. Dzieje się!

4. Rozwój

Dzieje się i bardzo promuje polską muzykę. I to jest super! #duma

A to wszystko w rytm tworzenia muzyki w specjalnie po to stworzonych all-star bandach Męskiego Grania. Utworów takich jak Elektryczny, ale też dzisiaj wydane „Armaty”:

Dobrze jest i dzięki Ci za to ekipo tworząca Męskie!

Pozdrawiam w koncertowych rytmach

Aleksandra Roczek vel Sarna vel Boczek

Peace&Love

o prezentujących

Zdarza mi się. Zdarza mi się prezentować przed ludźmi. Popełniam przy tym błędy, które przeważnie w tym samym momencie wyłapuje. Często popełniam też jakiś błąd, bo myślę „nie rób tego, bo to złe”. Często też robię coś, bo zobaczyłam to u kogoś, zobaczyłam, że jest złe i jakoś tak… wychodzi. Na pewno za każdym razem gdy kogoś widzę prezentującego patrzę co robi. Patrzę i mało kogo nie komentuję. Bywa różnie, dobrze, źle, ale czasem po prostu się nie da słuchać. Postanowiłam wypisać kilka typów osób, które zapewne spotkacie na większości konferencji, szkoleń, zajęć.

picjumbo.com_HNCK1569

1. Spacerowicze

Sama jestem spacerowiczem, chociaż już się poprawiam. Miałam tak głównie przez pracę w McD, nie potrafiłam już po prostu tyle wystać w miejscu. Są jednak tacy, którzy moje chodzenie na boki lub w przód i w tył potrafią przebić wszystkim. Potrafią chodzić z przez całą długość sceny tak szybkim krokiem, że połowa zastanawia się czy nie spadną z niej. Potrafią też przez cały czas chodzić, w ogóle nie odwracając się do ludzi, czasem tylko do prezentacji. Wtedy jedyne o czym się myśli to „zatrzymaj się, cholera!”

2. Biegacze

Nie, nie chodzi o to, że prezentują i mówią, tylko mówią BARDZO szybko. Mówią tak szybko, że zastanawiasz się,  w którym momencie skończyło się jedno słowo, a w którym zaczęło się drugie, ale po wszystkim okazuje się, że zdążyło się już rozpocząć następne zdanie. Jeszcze pół biedy, kiedy ich się rozumie – ale kiedy zaczynasz się zastanawiać czy osoba mówi w języku, który wg Twoich informacji powinieneś rozumieć, to zaczyna się komplikować.

3. Mumie

Stoją. Stoją i tyle. Mówią. Trzymają w ręku mikrofon i koniec. Mówią sobie. Od tak. Zero ruchu. Martwi są. Oczy bolą Cię od patrzenia się w ten jeden punkt – ich martwą twarz.

4. Włosi

Machają rękami. Ściągnęli już wszystkie dekoracje w sali i popsuli 5 razy planszę, na której jest wyświetlona ich prezentacja. Nie widzieliście ich twarzy – ręce tak szybko się ruszają, że tworzą zaporę, przez którą nie widać ich twarzy.

5. Bibliotekarki

Mają głos. takigłosżezastanawiaszsieczyczytabajkeczymówiotymjakdotarłanaksiężyc. Taki głos, że nie wiesz kiedy następuje coś, co warto zapamiętać, a kiedy wprowadza Cię w temat. Nagle rzeczy, które już wiesz, stają się całkowicie nieznajomą Ci wiedzą. Nie dlatego, że nagle ktoś Ci otwiera oczy i pokazuje nową perspektywę, ale dlatego, że nie zdajesz sobie sprawy, że ta osoba mówi o czymś, o czym Ty masz pojęcie.

6. Papugi

Rzym jest bogaty w miedź, w miedź jest bogaty Rzym. Rzym jest bogaty w miedź, w miedź jest bogaty Rzym. To jest cytat z jednej z naszych cudownych nauczycielek. Powtarzanie się często można eliminować przez bardzo dobre przygotowanie. Jednak jak się przyczepi RZEP do ŁBA to koniec. Albo czasem ktoś po prostu ma swoje słówko i koniec. Zostaniesz z tym „iźli” w pamięci i tyle Ci zostanie. Dlaczego iźli? Może Wam się to wydawać niemożliwe, ale mam kolegę, który potrafił wcisnąć to słowo WSZĘDZIE i mówił je co chwila.

7. Noworodki

Wiecie jak się zachowują dzieci. Raz jest super, a potem piekło. I tak potrafi być też z prowadzącymi – wyobraźcie sobie osobę, która nie potrafi modulować głosu, ale wie, że powinna. Jej głos lata jak nuty po pięciolinii, ale zdecydowanie nie tworzy harmonii i sprawia, że przestajesz rozumieć co ta osoba do Ciebie mówi.

8. Michael Jordan

Nazwa jest tu dość ironiczna. Oni chcą być jak Michael Jordan, ale niestety im… nie wychodzi. To takie osoby, które mówią o czymś, co jest super, przełomowe, pokazuje jak to dużo wiedzą, ale mówią to tak, że im nie wierzysz, że serio to wiedzą. Nie, nie chodzi o to, że są niepewne siebie – bo nawet najbardziej szara z szarych myszek, kiedy zacznie mówić o czymś na czym się zna przekona Cię do tego, że zna się na tym. Największymi hipokrytami są ci, którzy prowadzą zajęcia o tym jak dobrze prezentować, przecząc każdemu swojemu słowu.

9. Intimidating

To tacy ludzie, którzy skracają dystans z publiką. Często jest to okej, pozwala zainteresować widza. Są jednak tacy, którzy robią to po prostu źle. Tak źle, że masz ochotę wyjść. Tacy, którzy próbują sprzedać swoje prywatne życie, przekonania, w takich detalach, że masz dość. Po prostu nie.

10. Just…

Po prostu nie. Są tacy ludzie, którzy stają, mówią do Ciebie i mają w sobie coś takiego – wygląd, głos, sposób w jaki mówią, ich prezentacja. Jest coś takiego, jakaś rzecz, która sprawia, że nie możesz się skupić, nie możesz zapamiętać nic innego niż ta jedna rzecz.

11. Standuperzy

Często są dobrzy – wychodzą, przekazują co powinni, a przy okazji rozśmieszają wszystkich dookoła, wpadając w pamięć, nastawiając pozytywnie na to co chcą przekazać. Jednak trafiają się tacy, którzy rozśmieszają wszystkich do łez, ale po wyjściu oprócz kilku żartów nie jesteś w stanie powtórzyć nic więcej. I to jest czasem smutne. Bardziej smutne jest kiedy oni próbują żartować i nic im z tego nie wychodzi a treści też zapamiętać nie możesz.

12. Nike

Just do it. Po prostu wkurzają. Nie jesteś w stanie powiedzieć dlaczego. Mówisz po prostu „NIE”. Just no.

13. Masterzy.

To ostatnia już kategoria i chcielibyśmy żeby to tych było jak najwięcej – po prostu kupujesz wszystko. Otwierają Ci oczy, przełamują lody, mówią idealnie albo nawet jeśli nie – po prostu chcesz ich słuchać. Chcesz słuchać, poszerzać wiedzę, którą masz, zyskiwać nową i poznawać mglistą przyszłość. Wszystko. Byleby od nich!

Życzę Wam, żeby było tych ostatnich najwięcej i żebyście do nich należeli!

Aleksandra Roczek vel Sarna vel Boczek

Peace&Love

Paddington – Festiwal Filmów NieZwykłych

Słynny miś z Peru o wdzięcznym imieniu noszonym po londyńskiej stacji kolejowej to historia większości dobrze znana. Znaki charakterystyczne: kapelusz na głowie, parka, walizka, później także kalosze i przede wszystkim gigantyczna miłość do marmolady. Co takiego niezwykłego jest w misiu, który najpierw został osierocony, a potem wyruszył w podróż statkiem do Londynu, wprost z najgłębszych, najmroczniejszych rejonów Peru? Niezwykłe jest to, jak można się w nim bez pamięci zakochać. Jest dobrze wychowany, miły dla wszystkich, bardziej przypomina pluszowego misia niż niedźwiedzia. Będąc tak uroczym ma jednocześnie więcej niż nadzwyczajną zdolność do pakowania się w kłopoty, z których jednak zawsze udaje mu się jakoś wygrzebać.

Michael Bond stworzył tę historię po tym jak niedaleko Paddington Station kupił dla żony pluszowego misia w Wigilię 1956 roku. 10 dni później pierwsza z 20 książek była już gotowa. Została wydana w 1958 roku i od tego czasu miś wielbiący marmoladę pozyskał serca dzieci w Wielkiej Brytanii, ale także na świecie – książka została przetłumaczona na ponad 30 języków. Dosyć mocno się zdziwiłam, że w Polsce nie jest aż tak popularna – większość pewnie zna sam wizerunek misia. Został stworzony w tej formie jaką znamy przez państwa Shirley i Eddiego Clarksonów jako prezent dla ich dzieci – Joanny i Jeremy’ego (tak, to TEN Jeremy Clarkson) – na święta.

paddington.com

paddington.com

Przez wiele lat Paddington przeżył wiele przygód, był na nowo rysowany, przedstawiany, był w bajkach, serialach, aż w końcu zagościł na wielkim ekranie. Warner Bros podał tę informację już w 2007 roku, ale film wyszedł dopiero w grudniu 2014 roku. Nie powiem – cieszyłam się, bo dla mnie zawsze ten miś był czymś kultowym i cudownie uroczym.

Szybko jednak o nim zapomniałam i cóż… nie obejrzałam. Kiedy więc podczas seminarium wyjazdowego do Sandomierza na Festiwal Filmów NieZwykłych koleżanka powiedziała, że będzie za godzinę… to poszłam! I to było przeżycie, którego wiem, że nie doświadczyłabym w innym miejscu.

PADDINGTON™ and PADDINGTON BEAR™ © Paddington and Company Limited/Studiocanal S.A. 2014  Paddington Bear™, Paddington™ and PB™ are trademarks of Paddington and Company Limited

PADDINGTON™ and PADDINGTON BEAR™ © Paddington and Company Limited/Studiocanal S.A. 2014
Paddington Bear™, Paddington™ and PB™ are trademarks of Paddington and Company Limited

Podczas seansu było dość mało osób – 40-50 – w dość dużej sali. Większość widzów nie skończyła 8 lat. I to był wielki atut! Pomijając momenty płaczu i krzyku „bo tak”, dzieciaki miały rewelacyjne reakcje na ten film (Nomen omen – bardzo ładny film fabularny z dobrą animacją samego misia). Sam film wywołuje emocje też u starszego widza – wzruszyliśmy się na całego. A dzieci? Śmiały się, były przerażone, kiedy rosło napięcie w filmie, bały się o Paddingtona. (Tak – bo w tym filmie są momenty, w których rośnie napięcie!) Mimo że dla starszego widza może być przewidywalny, to przewidywalne jest tylko rozstrzygnięcie, a droga jest pełna niespotykanych przygód, już nie tak oczywistych. Bo w sumie jedyne co jest oczywiste, to fakt, że nasz bohater koniec z końców będzie szczęśliwie żył.

Całość jest ładnym, prostym obrazkiem. Obrazkiem, który sprawia, że te mięśnie wokół ust idą w górę i naglę wyglądamy jak u dentysty na fotelu – jesteśmy szeroko uśmiechnięci!

Jeśli komuś ten film się nie podobał i nie wywołał takich emocji, to polecam obejrzeć z młodszymi widzami. Zmienia to percepcję o wiele stopni i mamy ochotę się bawić równie bardzo jak te dzieciaki 😉

Pozdrawiam!

Aleksandra Roczek vel Sarna vel Boczek

Peace&Love

Please look after this bear. Thank You.

Miasta na 1 dzień

Uwielbiam podróżować. Czasem jednak nie mam ani finansów ani czasu na kilkudniowy wyjazd albo nie wiem czy w mieście na pewno warto zostać na kilka dni. W Polsce też nie uważam, że warto siedzieć w obcym mieście kilka dni bez żadnego powodu, bo jednak moja dusza odkrywcy żąda odkryć innych kultur.

Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami miejscowościami, które polecam na 1 dniowy wyjazd – wyjeżdżamy rano (zależy od miasta jak bardzo rano, przedział godzin 4-11) i wracamy wieczorem tego samego dnia (lub przynajmniej wsiadamy tego samego dnia do pociągu/samolotu, lub trochę później). Ja do tej pory byłam w ten sposób w kilku miastach, za granicę jechałam jednak np. na dwie noce, chociaż zamierzam to zmienić.

Co robić w tym czasie? Nie uważam, żeby zarzynanie się „zobaczę wszystkie możliwe turystyczne miejsca” ma sens. Myślę, że jeden dzień powinno się zaplanować. Pomyśleć o drugim śniadaniu, gdzie je kupisz, gdzie zjesz, o kawie, herbacie, piwie, wódce, obiedzie, kolacji. Zaplanuj cały dzień, ale pozwól sobie na zmianę planów. Poczuj miasto. Zobacz je. Możesz zobaczyć turystyczne miejsca, ale nie uczyń z nich głównego punktu. Na chwilę będziesz się cieszyć, ale jeśli poczujesz miasto i tak do niego wrócisz. Bez spiny, na luzie, z otwartą głową, z wiedzą o mieście, fajnych miejscach i turystycznych i dla miejscowych. Miej mapę, ale nie bój się zapytać o drogę i zdanie. Korzystaj z Foursquare’a, Yelpa, Spotted by Locals.

Plan dnia może wyglądać następująco, zdecydowanie nieśpiesznie, ale świadomie:

  1. Kup śniadanie. W zwykłym sklepie, wybierz to, na co masz ochotę. Pójdź w miejsce, w którym możesz posiedzieć i popatrzeć na miasto. Jak byłam we wrześniu we Wrocławiu nad ranem – poszłam nad rzekę i patrzyłam na wschód słońca.
  2. Wypij kawę/herbatę. Rozpocznij dzień. Masz tylko kilka godzin, ale bez stresu. Wybierz fajne miejsce.
  3. Zjedz drugie śniadanie. A może jakiś lokalny przysmak? W Toruniu piernik, w Krakowie obwarzanki, w Gdyni lody u Wenty (polecam figowe!!! ❤ )
  4. Przejdź się. Jest jeszcze wcześnie. Może jakaś kawiarnia, dobre ciasto i coś dobrego do picia? A może już czas na jakiegoś dobrego drinka? Rozejrzyj się, przemyśl, dopasuj wybrane wcześniej przez siebie opcje do Twojego humoru. Zobacz jakiś turystyczny obiekt, przejdź się do parku, nad rzekę/morze/jezioro, przejdź się po centrum.
  5. Zaplanuj fajny obiad. Coś na co masz ochotę lub coś regionalnego. Jak byliśmy ostatnio w Toruniu to od miesiąca chodziła za nami pizza. To poszliśmy!
  6. Pomyśl o odpoczynku – piwo? Może jeszcze raz dobra kawa? Coś niezwykłego?
  7. Przejdź się, zobacz ile możesz. Poczuj miasto.
  8. Zjedz coś! (wszystko wokół jedzenia <3)
  9. Odwiedź miejsca, w które zaglądają localsi. Gdzie są największe imprezy albo do najfajniejszego muzeum. Pójdź na park linowy, molo, wierzę, plażę. Znajdź słynne miejsce/pomnik/szczegół, bez pomocy ludzi – tylko Ty i mapa. Przejdziesz po mieście, poznasz je, a w końcu znajdziesz to, czego szukasz.
  10. Wypij ostatnie piwo, odwróć się w stronę miasta, uśmiechnij się i wróć do domu.

Jednak gdzie jechać? Kilka propozycji:

KRAJ

1. Wrocław.

Och, po prostu tak. To pierwsze miejsce, do którego tak pojechałam i dzięki temu wyjazdowi organizowanemu z mojej szkoły wiedziałam, że 1-dniowe wyjazdy zawitają w moim życiu. Znajdź wszystkie krasnale, odwiedź Ostrów Tumski, zobacz folwark zwierzęcy.

2. Poznań.

Pójdź na Maltę, nad Wartę. Zjedz w Manekinie lub Piccolo. Pójdź do Starego Browaru, czysto artystycznie. Zobacz koziołki jak Ci się chce! Poszwędaj się po uliczkach.

3. Gdynia.

Całe Trójmiasto jest na propsie. Jednak Gdynia to Gdynia. Lody u Wenty, Pociąg do Makaronu, kawiarnia u Justynki. Oczywiście morze ❤ Skwer Kościuszki. Na spokojnie, w rytm morza!

4. Szczecin.

Odra! Pasztecik, bar mleczny Turysta (naleśniki z farszem na pierogi ruskie i barszcz ukraiński!). Naucz się, że tam NIE MA morza. 😀

5. Katowice.

Hum. Błąd wpisać tu Katowice. Bo powiem tylko „Mariacka”.

6. Kraków.

Wybitnie nie lubię tego miasta, ale znam je naprawdę dobrze. Wawel, smok, kościół Mariacki, Mickiewicz meeeeh. Odwiedź Forum, Fabrykę (!!!), zobacz witraże Wyspiańskiego. Obejdź całe planty dookoła. Zjedz obwarzanki, no niech Ci już będzie!

7. Toruń.

To była moja ostatnia jednodniowa wycieczka – była prezentem dla M. Zaplanowałam wszystko i wyszło super! Central Coffe Perks (dla fanów Friends), Krajina Piva, Metropolis (bardzo dobra, a tania pizza – 35 zł za dwie pizze!), NRD Klub. Toruńskie pierniki, Wisła, Zamek! I oczywiście Centrum Nowoczesności!

ZAGRANICO

8. Londyn

Super, jeśli już tam byliście. Wtedy jeden dzień to rewelacyjny pomysł. Zakupy, spacer, puby i dobra zabawa. Polecam przejść wiele kilometrów północną częścią – od wschodu na zachód lub na odwrót. Zaliczycie piękne bogate dzielnice, wiele turystycznych lokalizacji, wiele pięknych widoków, w połowie zrobicie zakupy, zjecie, napijecie się i wyruszycie poznać ten biedniejszy, ale nadal super Londyn.

9. Paryż

Bolesne, ale Paryż to miejsce, które żeby poznać trzeba poświęcić kilka dobrych dni. Jednak jego klimat poczuć można od razu. Montmartre, Musee D’Orsay (nie mówię „idźcie do Louvre’u”, bo to nie ma żadnego sensu kiedy jesteście tam tylko jeden dzień, ale piramidy zobaczcie), plac Inwalidów, małe uliczki, małe sklepiki.

10. Amsterdam

Większość rzeczy turystycznych jest obok siebie. Miejsce super. Polecam zobaczyć Muzea, Rijksmuseum, muzeum Van Gogha, zobaczyć dom Rembrandta – to wszystko da się przejść poznając fantastyczny klimat tego miejsca. W sumie co ja gadam, jakie przejść! Rower brać i jechać! Chciałam Wam polecić restaurację, ale niestety obydwie rewelacyjne restauracje w których byłam już nie istnieją.

Te, które Wam przedstawiłam mogę z całego serca polecić. Jednak jest jeszcze jedno, wspaniałe, genialne – Praga! To mogę polecić zawsze, wszędzie i o każdej porze. Od baru do baru i poznajesz całe miasto! ❤

Miejsc takich jak te jest znacznie więcej – wystarczy pomyśleć i zacząć planować. Takie rzeczy to fajny wyskok z codzienności, podgrzanie ducha podróżnika, rozwijanie ciekawości o świecie. Mam nadzieję, że wyjedziecie w taką wspaniałą podróż! Widzimy się 😉

Aleksandra Roczek vel Sarna vel Boczek

Peace&Love

Chęci i działanie

Tytułem wstępu – blog polega na tym, że nie muszę się tłumaczyć z tego co uważam i jeśli uważasz inaczej, to akceptuje (a nie tylko toleruję!) Twoje zdanie, co znaczy, że nie musisz mnie nawracać, bo mam swoje zdanie i Ty masz prawo mieć również swoje 🙂

Przeczytałam dzisiaj komentarz, który rozśmieszył mnie do łez. Szkoda, ze był komentarzem pod postem o śmierci Władysława Bartoszewskiego, no ale widać niektórzy taki poziom trzymają. Ktoś nazwał go komunistą, kłamcą, złodziejem i powiedział, że wyszedł z Auschwitz po roku dzięki zwolnieniu lekarskiemu (no spoko, pół roku w Auschwitz to jak kolonie) . Abstrakcyjność tego ostatniego najpierw wywołała u mnie żal nad inteligencja osoby, która to napisała, zaraz potem smutek, ze taka osoba, jaką był Profesor, jest po śmierci tak traktowana, a ostatecznie zaczęłam się śmiać.

Wiecie dlaczego? Bo to takie polskie.

Sam Bartoszewski mówił o tym, jak podkreślamy swoją ważność, którą dostrzegamy tylko my i o wszystkich innych wadach naszego kraju i ludzi w nim żyjących. Komentował to, ale był człowiekiem na tyle inteligentnym (przynajmniej dla mnie inteligencja objawia się ostatecznie na tym poziomie) by wiedzieć, że godne i lepsze życie zależy od braku „focha”. On nie mial focha. Nie miał tego czegoś, co kryje się w tak dużej liczbie naszych rodaków – zawiści, zamknięcia, zazdrości, agresji, złości, żalu, roszczeniowości.

I jak tak myślę… To w polityce takich ludzi nie ma. Nie ma ich i zapewne nigdy nie będzie, bo to nie sanacja (och, kocham tych ludzi, którzy słysząc hasło sanacja rzucają tylko wściekle hasło „komunizm” i skreślają znaczenie tego rozwiązania) żeby tak było. No cóż, jest to złe. Porozumienie, rozmowa, szacunek dla poglądów innych w Sejmie, Senacie i internecie (jak się pewnie przekonam pod tym postem), w sumie w prawie całej Polszy, są niestety upadłe. Upadłe przez wiele rzeczy, paradoksów życia, jego problemów i zawiłości, historii naszego kraju. Mill by się w grobie przewracał i groził palcem, ze jednak miał trochę racji w swoich postulatach o utylitaryzmie gdyby taki kraj jak Polska go obchodził.

Ale spoko. Wiekszosci ludzi nie obchodzi. I czy to jest coś złego? Nie. Ja się cieszyłam, że wczoraj rozmawiałam z D. na Skypie i jej kolega z US kocha piłkę nożną, zna naszych piłkarzy i wie jak gramy. Bo nie musiał. Ale chciał. I te chęci są ważniejsze oczywiście jeśli za nimi idą czyny, dobre czyny. Jako wolontariusz nauczyłam się wielu rzeczy, ale jedna z nich było to, że czyny poparte zwykłą chęcią, nie oczekiwaniami, są bardzo wiele warte. Bo nie warto oczekiwać od ludzi czegoś, gniewać się na nich, obrażać, złościć w nieskończoność, tupać nogą, żałować, zazdrościć, być zawistnym. Po prostu nie warto.

I wierze, ze Profesor czytając moje marne wypociny czułby choć trochę podobne nastawienie. Bo tak jak on, nie mam zamiaru zostawić tego kraju samego sobie. Nie jestem autorytetem tak jak on, ale jestem tak jak on człowiekiem, który chce szczęścia dla ludzi, dobrego, niewymuszonego, bez naruszania dóbr innych. A pamiętajmy, że bez zwykłych ludzi, bez ich chęci poprawy to, ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy w dupie.

Aleksandra Roczek vel Boczek vel Sarna

Peace&Love

Smutny autobus 724

Krótka historia jednego autobusu.

Od poniedziałku do piątku pracuję od 17 – 20 na Wilanowie. Wilanów to koniec świata, odcięty od centrum, daleko i w ogóle, nie ma normalnego sklepu, najbliższy market jest chyba w Sadyba Best Mall albo w GalMoku. Nie lubię tego miejsca, jego klimatu i tego jak próbuje być „luksusowe”. Oczywiście mówię o Nowym Wilanowie, który aspiruje do bycia takim jaki jest Stary Wilanów.

Codziennie jeżdżę tam jednym i tym samym autobusem. Wsiadam na Wilanowskiej w 724, który odjeżdża o godzinie 16:34. Według rozkładu powinnam przejechać 9 przystanków w 9 minut. I tu następuje konsternacja połowy pasażerów, bo autobus przejeżdża 3 przystanki średnio w 25 minut. Po tych tych 3 przystankach jedzie już wg rozkładu, ale te 25 minut to jest szaleństwo.

Wychodzę z domu o 16:20. Czasem wcześniej. Jadę na Wilanowską. Przeważnie zdążyłabym na 710 o 16:27, ale jest tak pełny, że poddaję się (no nie będę stać, często z ciężką  torbą przez 30 minut w autobusie, który co chwila rusza, gwałtownie hamuje i szaleje, bez przesady) i wsiadam w 724. I tak 7 minut różnicy w korku zamienia się w prawie wspólne wjechanie tych dwóch autobusów na mój przystanek.

I zaczyna się korek. Tak, mogłabym te 3 przystanki przejść, to 10 minut, nawet mniej. Jednak kiedy chcę przejść – zawsze jest inaczej, nigdy nie wiem o której będę, muszę podbiegać, łapać autobusy, stresować się. Nie chce mi się, szczególnie, że te 30 minut mogę poświęcić na np. licencjat. A to lepsze niż wątpliwe zyskanie 10 minut.

I przez te 25 minut jazdy, dzieją się cuda. Przeważnie autobus jedzie ze wszystkimi miejscami zajętymi i kilkoma osobami stojącymi. I każdy reaguje inaczej. I to jest piękne. Bo są zniecierpliwieni, zdziwieni, przerażeni, znudzeni, śpiący, załamani. I to jest piękne.

Piękne, bo chyba w życiu nie widziałam tylu różnych emocji w jednym miejscu. Cudne! Żebyście to zobaczyli 😉

Aleksandra Roczek vel Boczek vel Sarna

Peace&Love

Smuteczki Open’erowe

Byłam w swoim życiu 4 razy na Open’erze. 2010, 2012, 2013 i 2014. W moim odczuciu od roku 2013 festiwal się zmienił. To już nie było do końca to samo. Nie sprawia to, że nie pojadę w tym roku – bilet jest już kupiony. Chociaż dość spory niesmak pozostaje, głównie ze względu na to, że już na „wszystkim byłam i wszystko widziałam” – wszystkie ogłoszenia (oprócz Kasabian) były opatrzone przeze mnie głębokim westchnięciem „ehhhh, kotlet”.

collage

Bo to jest problem. To jest problem dla większości Festiwali – jak sprawić, żeby co chwila nie było tych samych artystów? Jak przyciągać tłumy? Jak się sprzedać? Na pewno nie tak jak Open’er.

Wszystko – drogie bilety, piwo, jedzenie, zespoły niczym odgrzewane kotlety – dałoby się z innym nastawieniem przeżyć niż teraz to wygląda. Dlaczego? Bo ludzie z AlterArtu są Januszami marketingu, social mediów, internetów. Zasłużyli na obśmiewające ich strony, na inside joke’i i wszystko to, z czym muszą walczyć w internetach. Jedną z takich stron była strona Scumbag Ziółkowski, która została przez Open’er zgłoszona do administracji Facebooka i cóż… usunięta. Trudno, tak bywa. Nie będę Scumbaga bronić – sami czasem mnie denerwowali (m.in. za wyśmiewanie fanów Kasabian). Byli ironicznie żartobliwi, ale często też brzmieli jak cyniczni idioci, którzy są wielkimi hipokrytami – bo w końcu i tak pojadą do Kosakowa.

CAM01715

Jednak co takiego złego czyni Open’er marketingowo?

Wiecie… kiedyś się na nich strasznie wkurzyłam i napisałam do nich maila. W sumie potem sobie uświadomiłam, że napisałam im rzeczy, które są warte jakieś pieniądze, bo w końcu nie biorę z kosmosu tej wiedzy, tylko wypracowałam ją na żywym organizmie jakim jest Woodstock, praca przy nim i moje własne zainteresowania festiwalowe, które trwają od kilku dobrych lat. Jednak nie żałuję. I tak pewnie tego nie przeczytali, a na pewno nic nie zmienili, nawet (o dziwo) pogorszyli swoje działania.

Tak genialny materiał, fantastyczny content, jest marnowany. Prawie w ogóle reakcji live na to co się dzieje na innych festiwalach i wydarzeniach muzycznych. Męczenie informacjami o Coachelli. Jakieś przypomnienia grali u nas, a teraz zrobili to. Nieregularne posty. Kotki na piątek? Usuwanie komentarzy. Błędy w opisach. Zerowe zarządzanie społecznością. Zero informacji o Kraków Live Festival. Bardzo mało nagrań z Festiwalu. Twitter, który jest połączony z Facebookiem i nie ma żadnych normalnych treści. Tworzenie wizerunki marki AlterArtu prawie jak „bogów” – damy wam muzykę, cieszcie się i płaćcie. Społeczność nie wie kto to jest, kim są Ci ludzie, a były próby pokazywania tego na samym festiwalu, ale tylko tyle z tego wyszło. To wszystko przenosi się na wkurzenie ludzi. Śmianiem się z nich. Narzekaniem, zniechęceniem. Mniejszym funem z tego wydarzenia. Smutek.

Jak więc ich widzę? Jako firmę, która nie poradzi sobie na rynku tak długo jakby mogła. A szkoda. Bo fajne rzeczy robią. Bo muzyka jest fajna. Łączy ludzi, angażuje, wywołuje emocje, a festiwale gwarantują świetną zabawę i rewelacyjne wspomnienia. Takie jak to:

M. pozdrawia

M. pozdrawia

Jedno na koniec – mam nadzieję, że ktoś tu się obudzi i zrobić coś z tak genialną inicjatywą jaką jest Open’er.

Aleksandra Roczek vel Sarna vel Boczek

Peace&Love

Prima Aprillis

Nie lubię tego święta. Nie lubię Prima Aprillis i to potwornie. Nie śmieszą mnie te żarty. Głównie dlatego, że często zdarza mi się zapominać, że to właśnie ten dzień, w którym muszę pamiętać, że ktoś może mi kłamać w żywe oczy. Bo dla mnie to nie są żarty, szczególnie, że często nie są odpowiednie do sytuacji. Powinny być absurdalne, a grają na emocjach.

Tak zaczął mi się dzień, z informacją podaną przez Top Gear Polska, że Jeremy wraca do programu. Super. Szkoda, że moje serducho się ucieszyło jak jasny gwint, a potem się okazało, że przecież to jest „TEN” dzień.

Jednak nie o Top Gearze chciałam, przekaże odczucia co do Jeremy’ego i TG w osobnym poście. Chciałam powiedzieć o tym dobrym żarcie. Żart, który też sprawił, że serducho mi szybciej zabiło i potem oklapło, ale nie było to aż tak silne, negatywne uczucie. Było to raczej zaskoczenie – zaskoczenie, że to tylko żart, bo jakby się ktoś bardzo postarał to by mu się udało.

Chodzi o post konferencji Sektor 3.0

Dlaczego byłam zaskoczona? Bo uważam, że w 3 Sektorze tkwi siła. Taka siła, która mogłaby załatwić to spotkanie. Coś, co sprawiło, że nie pomyślałam, że to nieprawdopodobne. Uwierzyłam całkowicie i zaczęłam płakać, że jeszcze się nie zaczęła rejestracja, już chciałam pisać z pytaniem do FRSI. To jest dobry żart.

Jedynym jego minusem jest to, że myśli się – kurcze, ale to mogłaby być prawda. FRSI robi masę rzeczy. Robią świetne rzeczy. Cały sektor robi świetne rzeczy.

Jedyne czego można chcieć to marzyć i te marzenia realizować.

Tak więc… 3 sektorze – czekam na waszego Billa Gatesa. Na kogoś, kogo nie jest łatwo „załatwić”. Ale kto kupi waszą ideę i powie „okej, będę”.

Czekam z niecierpliwością – bo to tylko Wy musicie zrozumieć, że jesteście w stanie zrobić wszystko. Zmienić wszystko. Bo w Was siła!

Aleksandra Roczek vel Boczek vel Sarna

Peace&Love

Marnotrastwo

Dzisiaj trochę luźne przemyślenie i nie będzie tl;dr. Często zastanawiamy się czy to, co chcemy zrobić będzie dla nas dobre. Zastanawiamy się czy jest odpowiedni na to czas, o czym już pisałam. Rozważamy wszystkie za i przeciw. Jednak zawsze trzeba znaleźć w tym złoty środek. Oczywiście złoty środek jest ostatnim dupkiem i praktycznie nigdy się go nie da odnaleźć, ale przynajmniej warto się starać.

Untitled design

Jeśli starasz się przemyśleć wszystko, każdy aspekt, podważasz wszystko, nie wiesz do końca sam czego chcesz, bo skąd masz do cholery wiedzieć, skoro jest tyle możliwości? I kończysz nie robiąc nic. Jeśli tak robisz, mam dla Ciebie jedną informację – robisz to źle.

Jest oczywiście miliard opcji tego, jak możemy podejmować decyzje. Czy staramy się być do bólu racjonalni, będąc nieracjonalnymi ludźmi, czy staramy się podążać za sercem – każda może być dla nas dobra. Pod jednym warunkiem. Pod warunkiem, że nasz sposób podejmowania decyzji nie sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi. Że zostajemy na lodzie. Że nic nie robimy i siedzimy w domu bez sensu. Że marnotrawimy czas, którego nigdy nie dostaniemy z powrotem.

Nie cierpię marnotrawstwa. Oczywiście jestem leniuszkiem i potrafię przeleżeć tydzień z komputerem w łóżku. Potem jednak myślę sobie, że jestem kompletną idiotką. Jak trafia mi się taki dzień to w trakcie oglądania kolejnego serialu robię coś – przeważnie coś, czego najbardziej mi się nie chce, czego najbardziej nie lubię. Coś, do czego nie mam motywacji. Tak więc siadam, włączam film, nastawiam VLC na „zawsze na wierzchu” i czynię. Leci sobie w prostokąciku coś, co sprawia, że zapominam jak bardzo mi się k@#!a nie chce robić tego co jest pod odtwarzaczem.

Untitled design (1)

Mimo tego, że uważam to za jakieś rozwiązanie, ciągle jestem z tego niezadowolona – z tego mojego „leniuch day”. Wiem jednak, że to w dużej mierze wynika z tego jak podejmuję decyzje. Musicie wiedzieć – ja myślę dość specyficznie. Mam pamięć skojarzeniową, częściowo fotograficzną. Nie znam się na tym, tylko próbuję to opisać. Pamiętam bardzo dużo rzeczy, zdarzeń, ale tylko jakiś jeden punkt związany z nimi – jak trafię na ten punkt, od razu zacznę kojarzyć resztę.

Kiedy więc podejmuję decyzje – wystarczają mi tylko te punkty, takie końcówki. Reszta dzieje się w ułamkach sekund. Oczywiście są rzeczy, które są trudniejsze. Jednak przeważnie, zajmuje mi to chwilę. A przez to, jak bardzo staram się być zorganizowana, moja głowa natychmiast na nowo aranżuje plan. Najczęściej przesuwa go na późniejszą godzinę. Zmniejsza ilość czasu potrzebnego na wykonanie zadania. I ta głowa strasznie nie lubi nie wiedzieć co będzie robić. Być bez planu. Jak jest bez planu, to będzie grany „leniuch day”.

Jednak ta głowa pozwala na coś jeszcze. Mówi mi czasem mocno bijącym serduchem:

„Wiem, że to będzie ryzykowne. Ale do diaska. Spróbuj.”

I tak czynię.

Aleksandra Roczek vel Boczek vel Sarna

Peace&Love

P.S. To już 6 miesięcy z M. ❤